25 marca w warszawskim DZiK-u odbył się koncert premierowy Morye – wieczór, podczas którego po raz pierwszy na żywo wybrzmiał ich debiutancki album. To nie był „debiut dla znajomych i rodziny”, tylko pełnoprawny, przemyślany koncert Morye w DZiK Warszawa, w którym wszystko się zgadzało: energia, napięcie, ludzie przed sceną i to, co działo się na niej.
To był jeden z tych koncertów w Warszawie, które nie kończą się razem z ostatnim numerem.

Skąd my się w ogóle znamy
Jeśli kojarzycie konkurs Nowe Źródła, który robimy wspólnie z Radiem Rzeszów, to wiecie, że publiczność potrafi być wymagająca. Morye wygrało tam nagrodę publiczności, najważniejszą, bo nie od jury, nie od branży muzycznej, a od słuchaczy. Od ludzi, którzy stoją pod sceną, tańczą, słuchają i szybko wyłapują ściemę. Tu jej nie było.
Kiedy pojawiła się informacja o premierze płyty, decyzja o patronacie była raczej oczywista niż długo analizowana.
DZiK, czyli dobra przestrzeń
DZiK ma w sobie coś, co dobrze robi takim koncertom – bliskość. Nie ma dużego dystansu między sceną a słuchaczami, nie ma gdzie się schować. Wszystko jest „tu i teraz”. I dokładnie tak to zadziałało. Sala pełna – krzesła zajęte, ludzie stojący pomiędzy nimi, każdy kawałek przestrzeni wykorzystany. Widać było, że przyszli ludzie, którzy wiedzą, po co przyszli, a Morye nie musiały udowadniać niczego na siłę. Zagrały materiał z płyty tak, jakby był już ograny od lat – pewnie, spokojnie, bez nerwowego „czy to działa”. Bo działało. Były momenty bardziej surowe, były takie, które wciągały rytmem i niosły dalej. Było miejsce na ciszę, która nie była niezręczna, tylko potrzebna. Morye, to zespół który nie tylko gra, ale słucha siebie nawzajem. I publika zgromadzona w sali też słucha.

Ten wieczór to nie była tylko scena
Gdzieś z boku, na szybko ogarniętym stoliku, powstało stoisko z płytami. Pierwsza sprzedaż fizycznego albumu – trochę improwizowana, trochę chaotyczna, ale dokładnie taka, jaka powinna być. Pierwsze podpisy, rozmowy, zdjęcia. Ludzie podchodzili, brali płytę do ręki, zamienili kilka słów z zespołem. Bez dystansu i „zaplecza”. Wszystko działo się tu, na miejscu.

Moment wart więcej niż tysiąc nut
Przez większość koncertu sala była „ustawiona” – krzesła, ludzie siedzący, skupienie. Przy bisie padła propozycja tańca.
I wydarzyło się coś bardzo prostego, ale bardzo rzadkiego. Połowa sali wstała. Ludzie zaczęli przesuwać krzesła, robić miejsce, trochę chaotycznie, trochę spontanicznie – aż w końcu powstał parkiet. Parkiet, który w ciągu kilku sekund zapełniła tańcząca publika. Ostatni numer Morye grały już do tańca! Bez dystansu, bez „czy wypada”. Po prostu – ruch, rytm i ludzie, którzy w to weszli.
To był moment, który zamknął ten koncert lepiej niż jakiekolwiek podsumowanie.
Co dalej?
Premierowe wydarzenie, to nie jednorazowa historia, ona trwa nadal. Jeśli chcecie sprawdzić na żywo kolejne jej rozdziały, oto najbliższe okazje:
Bardzo nam miło, że mogliśmy objąć tę premierę patronatem. Ogromnie się cieszymy, że to, co zaczęło się na scenie Nowych Źródeł, a później Festiwalu Folkowisko, zaczyna iść dalej – już na własnych zasadach.
Jeśli jeszcze nie słuchaliście Morye, koniecznie musicie nadrobić, a jeśli tylko będzie mieć okazję, być z nimi na żywo – być tam musicie!
Karolina Przesmycka
fot. Jagoda Janiszewska
